» PROLOG ● days gone bye

runnin with all my brothers
i always wonder how far we could go
we could be free
» king «

     Wstała wcześnie, na dworze było jeszcze ciemno. Czwarta, może wpół do piątej. Nie wiedziała, straciła rachubę czasu już dawno temu. Leniwym i cichym krokiem ruszyła do łazienki, nie chciała przecież zbudzić Morgana.  Poranna toaleta została szybko odbębniona, brak bieżącej wody był jednym ze skutków epidemii. Ubrała się w typowe dla siebie ciemne spodnie i czerwoną koszulę, po czym bezszelestnie opuściła dom. 
Przemierzała ulice nie zwracając już uwagi na zdeformowane ciała rzężących ludzi dookoła. O ile można ich było nazwać ludźmi. Wanda mówiła na nich szwędacze, co pasowało zdecydowanie lepiej. 
Jeśli tylko któryś z nich podchodził do dziewczyny zbyt blisko, ta odpychała go swoimi wrodzonymi zdolnościami telepatycznymi, jednocześnie rozsadzając głowę biedaka. Każde bowiem najmniejsze zadrapanie z rąk takiego delikwenta skutkuje przemianą w taką samą powolną bestię. 
Zaczynało już świtać gdy jej oczom ukazał się tak dobrze znany już budynek. Wcześniej, przed epidemią, pracowała tu jako pielęgniarka. Teraz, od prawie pięciu miesięcy wciąż tu przychodzi, by opiekować się zupełnie nieznajomym mężczyzną. Jedyne co o nim wie, to to, że jest zastępcą szeryfa i nazywa się Rick Grimes. 
Weszła do szpitala i skierowała się na swój oddział. Zachowując resztki profesjonalizmu założyła lekarski kitel, a do kieszeni schowała stetoskop. W środku budynku było cicho, brudno i ciemno, zdążyła przywyknąć. Zanim weszła do sali, w której był mężczyzna poszła jeszcze po świeżą kroplówkę.
Leżał na łóżku, zupełnie nieświadomy tego, co dzieje się na zewnątrz. Zupełnie nieświadomy, że dawny świat już nie istnieje. Dziewczyna zmieniła opatrunek, który wydawał się być zbędnym dodatkiem. Rana postrzałowa ładnie się zagoiła. Wanda uśmiechnęła się do siebie, przejeżdżając opuszkami palców po żebrach nieznajomego. W końcu wiedziała, że w dużej mierze przyczyniła się do tego, że Rick wciąż żyje. Spojrzała na stolik szpitalny, kwiaty w wazonie, według jej kalkulacji, mogły spokojnie postać jeszcze dwa, czy trzy dni.
Wzięła zmiotkę i zaczęła sprzątać salę. Nie musiała tego robić, było czysto, ale chciała jakoś zabić czas. Uchyliła również okno, duchota w sali przyprawiała ją o mdłości. Poszła też do łazienki, miała tam mały zapas wody w plastikowych butelkach. Napiła się troszkę, po czym wzięła szmatkę i wróciła do sali. Usiadła na skraju łóżka, przemyła twarz mężczyzny, jego tors. Lubiła o niego dbać.
Przyszedł czas zmiany kroplówki. Wanda odpięła zużytą, kiedy w tej głuchej ciszy usłyszała głębokie zachłyśnięcie się powietrzem. Mężczyzna wygiął się w łuk, by po chwili opaść z powrotem na łóżko. Dziewczyna zrobiła krok w tył. 
Rick otworzył szeroko błękitne oczy. 
Obudził się. Wreszcie.
Po ponad pięciu miesiącach śpiączki.

1 komentarz:

  1. Cześć. Z reguły nie czytam fanfiction, ale jak widać czasem i mi zdarzają się wyjątki. Jakimś sposobem trafiłam na Twój blog i stwierdziłam, że skoro, jak na razie, masz tutaj sam prolog, to nic nie stoi na przeszkodzie, by zapoznać się z jego treścią. I muszę przyznać, że pomysł na opowiadanie bardzo mnie zaintrygował. Lubię zagadnienia dotyczące epidemii, nad którymi zapanowanie wydaję się wręcz niemożliwe i z tego co mi się wydaje u Ciebie zostanie poruszony bardzo podobny wątek. Jestem niezmiernie ciekawa skąd wziął się wirus i na jakiej zasadzie działa, że ludzie stają się, jak to określiłaś w prologu, szwędaczami. Intryguje mnie również postać mężczyzny i jego bardzo długa śpiączka. Zastanawiam się co było przyczyną tego, że potrzebował tak wiele czasu na dojście do siebie. Myślę, że z ciekawości zajrzę również do pierwszego rozdziału, bo intryguje mnie to, jak Rick pogodzi się z faktem, że przez pięć miesięcy był nieprzytomny i jak zareaguje na wiadomość o epidemii. A skoro już tu jestem, to trochę naśmiecę Ci w spamie i zostawię odnośnik do siebie :)

    Pozdrawiam, Kayla

    OdpowiedzUsuń